Łódź filmowa

Wznowiliśmy nasze małe wycieczki i wreszcie dotarliśmy do łódzkiego Pałacu Scheilblera. Sam pałac zasługuje na oddzielny wpis, więc dziś zajmiemy się wyłącznie nowootwartą stałą wystawą Łódź Filmowa.

Zwiedzanie w maseczkach jakichkolwiek wnętrz jest dla mnie torturą, a na zdjęciach wygląda jakby samo było elementem idiotycznego happeningu, ale ponieważ alternatywą jest niezwiedzanie niczego, a my mamy dość ponad rocznego siedzenia w domu, karnie nakładamy maseczki i jednorazowe rękawiczki i schodzimy w dół po metalowych schodkach, żeby zacząć trasę przez udostępnione publiczności różnego rodzaju przyrządy do zapisywania i odtwarzania obrazów. Przyrządy archaiczne, a ich wykopaliskowy charakter podkreślają na każdym kroku trzymane w naszych rękach kompaktowe aparaty fotograficzne i smartfony. Wszystko to razem tworzy nieco surrealistyczną atmosferę, idealnie pasującą do magii (i oszustwa) kina.

Rękawiczki są potrzebne, bo wiele eksponatów można wprawić w ruch i na własne oczy przekonać się, jak kiedyś oglądano utrwalone obrazy. Pomagają w tym opiekunowie ekspozycji, chętnie opowiadając o dziwnych na pierwszy rzut oka przedmiotach i pomagający w zaprezentowaniu ich w działaniu.

Mamy tu więc i pierwsze kamery, i latarnię magiczną, i optyczne zabawki dla bogaczy tamtej epoki.

Nieco dalej zobaczymy przedwojenną Łódź Filmową, miasto wielu kin. Obejrzymy cudem zachowany fragment Ziemi Obiecanej z 1927 roku, przedwojenne postery filmowe i parę rekwizytów z międzywojennych filmów. Byliśmy niezmiernie zaskoczeni widząc, ile kin znajdowało się wówczas w Łodzi!

Na szczęście robił je Jakub:

Pałac Karola Scheiblera jest mocno związany z Ziemią Obiecaną, chociaż już tą późniejszą, Wajdy. Spotkamy się z nią w kolejnych pokojach, ale teraz na chwilę zatrzymujemy się przed projektorem z fragmentem niemego kina i oboje z Piterem odkrywamy, że o ile dla nas to nic niezwykłego – w dzieciństwie oglądaliśmy przecież nieme filmy W Starym Kinie Stanisława Janickiego, ale dla naszych synów nieme kino jest po prostu memem. Gagiem wrzucanym do współczesnych produkcji. Sceną z filmu, którego akcja toczy się w międzywojniu i w którym jakiś bohater zasiada w kinie, oglądając przerywane planszami z napisami nagrania, którym towarzyszy przygrywający z boku pianista.

Robię kilka zdjęć smartfonem niechcący uruchamiając nagrywanie i aż się uśmiecham na myśl, że chyba trudno o miejsce, w którym bardziej zderza się przeszłość z teraźniejszością…

Wędrujemy dalej amfiladowymi pokojami Scheiblerów. W jednym z nich spotykamy dobrze znany z Vabanku Machulskiego fotoplastikon. Unikat, jeden z czterech zachowanych na świecie. Ten, w którym Duńczyk pokazywał Kwinto nieprzystojne zdjęcia i wewnątrz którego planowali skok na bank Kramera. Można go sobie dokładnie obejrzeć, a dzięki umieszczonemu na suficie lustrze – nawet zajrzeć do wnętrza. Szkoda jedynie, że ze względu na reżim epidemiczny zlikwidowane zostały stołki, na których oglądający mogli usiąść i rzucić okiem owszem można, ale w wygibasach.

Idziemy dalej i coraz bardziej zagłębiamy się w świat Scheiblerów, Mullerów i Borowieckiego, ale zanim opuścimy tę pierwszą część wystawy, przejdziemy jeszcze koło paru plakatów i kolaży nawiązujących do nieco młodszych, bo powojennych polskich filmów.

Niestety nie ma katalogu ani nawet folderu dedykowanego – jak to się teraz idiotycznie mówi, wystawie. A szkoda, bo chętnie bym sobie poczytała o eksponatach fotograficznych (mam na myśli sprzęt, te wszystkie urządzenia zastąpione obecnie przez nasze telefony).

Opowiadałam wam wielokrotnie, że Kuba zwiedza przez obiektyw swojego aparatu. Tym razem przeżyliśmy chwilę grozy, a potem bezgranicznego zaskoczenia, bo żadne z nas nie pomyślało o zabraniu jego aparatu, a okazało się, że sam go sobie zapakował bez przypominania. Zwiedzaliśmy na lekkim przydechu, bo nikt nie miał zapasowych baterii a i nie mieliśmy pojęcia ile miejsca jest na karcie pamięci, ale Opatrzność była dla nas łaskawa i baterie padły dopiero przy ostatniej ekspozycji. Dzięki temu mogę pokazać wam, jak wygląda Łódź Filmowa okiem Kuby.

Mówiąc: “ogląda przez obiektyw aparatu” mam na myśli dosłownie to, co napisałam. To nie są przemyślane kompozycyjnie obrazki, często łapią tylko kawałek czegoś, na bakier mają z ostrością i oświetleniem. Są zastępczym okiem, którym Jakub ogląda wystawy i plenery. Najbliżej im chyba do niekontrolowanego impresjonizmu, o ile coś takiego istnieje 😀

Kuby obsesyjne niemal fotografowanie najmniej istotnych szczegółów przydaje się jednak, kiedy trzeba zebrać zdjęcia do albumu lub takiej, jak ta, wirtualnej wycieczki. Wtedy okazuje się, że jedynie Jakub uwiecznił na zdjęciach wszystkie wystawione aparaty lub jedynie on trzasnął przypadkiem to wyjątkowe ujęcie schodów, którymi wszyscy się tak zachwycali, że zapomnieli wyjąć aparatów.

Właśnie dlatego występujemy jako Oberżyna Team: każdy z nas ma swoje miejsce i wzajemnie tworzymy całość.

Skoro o TEAMie mowa, to chciałabym jeszcze wam pokazać zdjęcia, które zrobił BlueBoy. Udało mu się uchwycić to, co wszyscy fotograficznie przegapiliśmy… Brawo, Janek!

Z pewnością wrócimy jeszcze do Ziemi Obiecanej, ale i do fabrykanckich willi i pałaców. Łódź ma ich jeszcze parę do zaoferowania poszukiwaczom klimatu z tamtych czasów.

No i czekamy na drugą część wystawy. Jej otwarcie przewidziane jest na wrzesień.

TU znajdziesz link do poświęconej wystawie strony Muzeum:

© 2021, Jo.. All rights reserved.

CategoriesBez kategorii
  1. Piter says:

    Fajnie było zobaczyć trochę historii kina, ciekawostek technicznych, zabytkowych zdjęć ze świata, dowiedzieć się, że Łódź to było drugie po Warszawie miasto jeśli chodzi o liczbę kin w okresie międzywojennym, no i zobaczyć wnętrze willi z XIX wieku jednego z najbogatszych przemysłowców łódzkich.

    1. Jo. says:

      Mnie to te maseczki dobijają…

      Wystawa fajna, chociaż odczuwam pewien niedosyt. Ale może dlatego, że musiałam pognać za Kubą do kolejnych sal, a ty miałeś więcej czasu na postudiowanie tabliczek przy sprzęcie fotograficznym 😉

      Jesienią można przecież powtórzyć 🙂

  2. Bardzo udany dzień, świetny pomysł na odwiedzenie muzeum. Półtorej godziny zleciało nie wiadomo kiedy, mam wrażenie, że nie wszystko jeszcze widziałam i zapamiętam. Trzeba powtórzyć, może we wrześniu gdy będzie cd wystawy?

    1. Jo. says:

      Koniecznie! Ja się bardzo nastawiam na dalsze zwiedzanie willi fabrykanckich, więc pewnie niedługo znowu się pojawimy.

Dziękuję za odwiedziny. Napiszesz coś?