Co roku pod koniec kwietnia stoję w bloczkach startowych i czekam. Na polskie szparagi.

Nie przemawia przeze mnie patriotyzm, ani nawet ekologia. Chodzi mi wyłącznie o smak. Bo im krótsza droga szparaga z pola na stół, tym jest lepszy! Zatem czekam na polskie szparagi, a kiedy się pojawią – bezwzględnie przejmują panowanie w kuchni na następne sześć tygodni. Bo tyle mniej więcej trwa u nas szparagowy sezon.

Na ogół używam szparagów zielonych. Nie trzeba ich obierać, wystarczy odłamać zdrewniałe końcówki – szparag pęka w odpowiednim miejscu, czyli tam, gdzie kończy się włóknista końcówka a zaczyna część do zjedzenia. Im szparagi są cieńsze, tym mniej nam odpadnie. Nie warto za wszelką cenę używać całego warzywa, bo będziemy się męczyć zamiast zachwycać.

Nie gotuję ich wstępnie. Nie ma takiej potrzeby. Do tart i zapiekanek używam surowych – dochodzą podczas pieczenia. Do innych dań – lekko griluję na patelni. Są wtedy jędrne i chrupiące. I bardzo was namawiam do takiego właśnie potraktowania zielonych szparagów, bo są wtedy dokładnie takie, jakie być powinny.

© 2021, Jo.. All rights reserved.

CategoriesWIOSNA

Dziękuję za odwiedziny. Napiszesz coś?