N

Nawadniacze doniczkowe

Niedawno Tatui pytał mnie o rośliny, które dadzą sobie radę podczas tygodniowej nieobecności domowników. Ja bym to pytanie rozszerzyła o zapominalstwo albo brak serca do roślin doniczkowych. Bo w naszym domu serca raczej nie brak, ale potykamy się o inny problem.

Będziecie się śmiać.

O rozlewającą się (wraz z ziemią) wodę.

Nie wiem jak my to robimy, ale za każdym razem podczas podlewania mamy parapety i półki upaprane ziemią albo wypływającą z podstawków wodą.

Najgorszej jest u chłopaków, bo ta woda zalewa im meble i w rezultacie – prędzej czy później wszystkie rośliny wylatują z ich pokojów. A wiadomo: powinno się mieć jakąś zieleń, dla zdrowia. Zabieranie raz w tygodniu ich zielistek i epipremnum pod prysznic tylko częściowo rozwiązywało problem.

A, tak na marginesie: nie wierzcie w hasła “10 żelaznych roślin, nie do wykończenia”. Dajcie którąś do BlueBoya na miesiąc… Hm.

No więc szukając odpowiedzi na rzucone przez Tatui pytanie i jednocześnie głowiąc się nad naszym problemem z podlewaniem, zaczęłam przeglądać Internet. Głównie pod kątem różnych pomocników nawadniających. Znalazłam dwa rodzaje: wtykane do doniczki kule oraz ptaszki z ceramiczną końcówką.

Te pierwsze napełnia się wodą, która przez rurkę spływa do ziemi. Te drugie mają ceramiczną końcówkę, dzięki której woda pobierana jest przez suchą ziemię – czyli teoretycznie rośliny się nie przeleje, bo jak ziemia jest mokra to nie absorbuje wody z podlewacza.

Według producenta woda w kulach wystarcza na tydzień, a bywa że dwa.

No to czas na test.

Bugenwilla wyżłopała swoją wodę w pięć minut. Stojącej obok passiflorze zajęło to dzień. Fikus wzgardził. Teoretycznie prędkość spływania wody zależy od stopnia wysuszenia ziemi w doniczce. Myślę, że zależy również od tego, jaką ta ziemia ma strukturę, bo wszystkie moje rośliny były tak samo niepodlane, a wodę pobierały w różnym tempie.

Wszystkim kulom zatkały się ziemią końcówki. Musiałam je powyjmować, oczyścić, zrobić w ziemi dołek ołówkiem i dopiero w to włożyć nawadniacz. Tak że zwracam uwagę na ten szczegół.

Ceramiczne ptaszki dały sobie radę nieco lepiej. Przy okazji doszłam do wniosku, że nawet jeśli nie zapewnią naszym roślinom wody przez tydzień, to zdecydowanie ułatwią podlewanie: zamiast rozchlapywać ziemię, możemy wlać wodę do nawadniacza, a stamtąd ona już sobie popłynie powoli dalej.

Z tym stałym nawadnianiem to też jest dyskusyjna kwestia, bo niektóre rośliny potrzebują przesuszenia ziemi przed kolejnym podlaniem i zapewnienie im ciągłej dostawy wody może je po prostu wykończyć.

Sukcesu zatem nie odnieśliśmy, ale porażką też bym tego eksperymentu nie nazwała. Muszę jedynie wymienić zamknięte plastikowe kule na półotwarte lub te wspomniane ptaszki z ceramicznymi końcówkami – do których będzie można nalać konewką wodę, bez wyjmowania ich z doniczek. I bez rozchlapywania ziemi dokoła.

Tu jest ptaszek z ceramiczną końcówką. Przez dzióbek można wlać wodę i ta woda jest pobierana przez wyschniętą ziemię, przez wetkniętą do niej glinianą końcówkę. Nie mam pewności na jak długo zapewnię roślinie (widać, że zielistka BlueBoya, prawda?) nawodnienie, ale z pewnością uniknę rozlewania wody – wystarczy nie pić (zbyt dużo) przed uzupełnieniem wody w ptaszku.
No sama nie wiem, jak to zabrzmiało… To ja może pójdę po MP?

© 2021, Jo.. All rights reserved.

CategoriesBrak kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *