O wycieczce do Muzeum Iwaszkiewiczów w Stawisku myślałam od dawna. A po przeczytaniu świetnej książki Ludwiki Włodek stało się ono moim punktem numer jeden na liście miejsc do dowiedzenia. Niestety ciągle coś nam stawało na przeszkodzie i dopiero wystawa o Astrid Lindgren zmobilizowała nas do działania.

Kocham takie domy. Ja wiem, że i Iwaszkiewicz, i jego rodzina, często narzekali na to, że niewygodny, brzydki i niefunkcjonalny. Ale ja takie właśnie domy uwielbiam! Hol wejściowy z dębowymi schodami. Stołowy z przepastnym kredensem i wyjściem na werandę. Ludzkich rozmiarów pokoje. Biblioteka… Gabinet… No i obowiązkowe schody kuchenne!

Madre by powiedziała: ATAWIZMY.

I zapewne miałaby rację.

Dom jest doskonale utrzymany. Naprawdę ma się wrażenie, że jego mieszkańcy na chwilę gdzieś wyszli i zaraz wrócą, przepędzając obcych, co to zabłądzili do ich prywatnych pokojów.

Można było robić zdjęcia, ale ich nie robiliśmy, zasłuchani w niezmiernie interesujące opowieści naszej Przewodniczki. Bo nauczeni życiowym doświadczeniem, tym razem zamówiliśmy zwiedzanie z przewodnikiem.

I tu pojawi się jedyne zdjęcie wnętrza, bo zdjęcia wymaga następny akapit.

Jak wspomniałam: wzięliśmy Przewodnika. I ja rozumiem, że można sobie tylko kupić bilet… Ja nawet rozumiem, że wiedząc o tym, że przewodnik jest opcją dodatkowo płatną, można na krzywy ryj podpiąć się pod czteroosobową grupę, która za przewodnika zapłaciła. Natomiast do szału doprowadza mnie chamskie wcinanie się w rozmowy tej grupy z ich przewodnikiem, znacznie wydłużające czas zwiedzania, przez co końcówka (nasza) robi się nerwowa, bo z dołu poganiają…

Mieliśmy takich dwoje… rzepów i nawet nasza anielsko cierpliwa Przewodniczka nie bardzo wiedziała, co z nimi zrobić. No i tu właśnie, przy tym biurku miała miejsce dość zabawna scena…

Ja na ogół takich rzeczy nie robię, ale solidnie wkurzyła mnie pani w czerwonej bluzeczce i pan w niebieskim tiszercie…

Przewodniczka opowiadając o gabinecie Jarosława Iwaszkiewicza, wskazała na biurko:
– Jak widać biurko jest ogromne. Nie znajdziecie państwo nigdzie w domu chyba większego.
Hm… U mojej mamy jest większe…
– O! Naprawdę?

Oczy rzepów ześlizgnęły się z kopii Śmierci Barbary Radziwiłłówny i zatrzymały na nas.

Tak, mniej więcej o pół metra… Biurko specjalnie robione dla Agnieszki Osieckiej, stało u babci, a teraz jest u mojej matki w pokoju.

Rzepy wycofały się do holu i więcej nie pojawiły.

Że też ja na dobre pomysły wpadam zawsze za późno…

Nie wrzucam więcej zdjęć ze Stawiska, bo bardzo zachęcam do jego odwiedzenia. Do poznania historii tej niezwykłej rodziny i do obejrzenia jej domu oraz zgromadzonych w nim pamiątek. I pamiętajcie: weźcie przewodnika! Koniecznie!!!

© 2020, Jo.. All rights reserved.

CategoriesBez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *